To jest nagłówek

Widzowie Jesiennego Festiwalu Teatralnego w Starym Sączu przeżyli wczoraj wieczór niezwykły. W magiczną podroż – pełną artystycznych doznań, ale także głębokich emocji i osobistych wspomnień – zabrała ich Katarzyna Zielińska, która do rodzinnego miasta przyjechała z wyprodukowanym przez siebie spektaklem „To ja może się położę”. Na obu przedstawieniach sala wypełniła się po brzegi. Wśród publiczności byli oczywiście najbliżsi aktorki, jej przyjaciele i znajomi, ale nie zabrakło też tych, którzy niejednokrotnie wymieniali uśmiechy ze spacerującą po miejskich uliczkach sympatyczną rodaczką, chociaż osobiście nigdy jej nie poznali.

Od pierwszego momentu czuć było, że nie jest to zwyczajne teatralne spotkanie, ale raczej szczera, długo wyczekiwana rozmowa aktorki – z ludźmi, wśród których stawiała pierwsze kroki, których śmiechu słuchała na osiedlowym podwórku, z którymi „wychodziła na pole”, by łapać dziecięce przygody i patrzeć na rozpromienione słońcem góry.

„Katarzyna Starosądecka” (tak nazwał aktorkę Artur Andrus – w liście, którego treść przywołam na końcu) zaprezentowała widzom nie tylko swój talent; odsłoniła też serce i duszę. Przez półtorej godziny snuła słowno-muzyczną opowieść o osobistej, ale głównie artystycznej drodze, na której były chwile triumfu, lecz nie brakowało też rozterek i momentów zwątpienia. „Ten zawód jest przede wszystkim zawodem” – wyznała na początku, a potem z humorem i autoironią opowiadała o aktorskiej codzienności i trudnych chwilach, w których jedynym towarzyszem jest własny cień; goryczy nieudanych castingów, odrzuceniu widzów… Mówiła o lękach, nieustannej pogoni za rozpoznawalnością, konieczności występów na „ściankach” i radzeniu sobie z nieprzychylnymi recenzjami krytyków. W jednej z piosenek, z przewrotną ironią, wzięła w obronę autorów teatralnych recenzji, stwierdzając, że są „postaciami szekspirowskimi”, bo „nie spać muszą, żeby nie spać mógł ktoś”…

Sceniczna „spowiedź” aktorki była na wskroś prawdziwa. Z rozbrajającą szczerością opowiadała o swojej depresji i psychologicznej terapii, podkreślając, jak ważna – zwłaszcza w takich momentach – jest dla artysty obecność życzliwej publiczności. Śmiała się z własnych potknięć i z ironią komentowała świat show-biznesu, w którym „patologie” bywają bardziej medialne niż szczęście i życiowa stabilizacja. I choć, co podkreślała, nie miała w swoim życiu wyjątkowo dramatycznych epizodów, o których uwielbiają pisać dziennikarze, to jej historia poruszyła i zauroczyła festiwalowych widzów – autentycznością, siłą i formą przekazu.

Z niezwykłą czułością pani Kasia opowiadała o najbliższych, którzy dają jej siłę i poczucie sensu – o ukochanym mężu i synach, których nie zamierza namawiać do pójścia jej śladem, tym bardziej, że obecnie absolutnie o tym nie marzą. Przypomniała, że scena, choć bywa miejscem spełnienia, nigdy nie zastąpi miłości, bliskości i domowego ciepła. Dlatego najważniejszą rolą jej życia, taką, z której „nikt jej nie wytnie”, zawsze będzie ta rodzinna – żony i matki.

W spektaklu „Katarzyny Starosądeckiej” nie mogło zabraknąć też rodzimych akcentów. Aktorka zaśpiewała gwarą piosenkę o Janicku, przenosząc publiczność w świat swojego dzieciństwa i sądeckiej tradycji.

Autorami scenariusza spektaklu „To ja może się położę” są cenieni mistrzowie polskiej satyry, znani z celnych obserwacji społecznych i wyjątkowego poczucia humoru, Artur Andrus i Robert Górski, których charakterystyczny styl dało się wyczuć w każdym dialogu, żarcie i puencie. Współpraca z nimi zaowocowała tekstem, który nie tylko bawi, ale też skłania do głębszych przemyśleń.

Tego, co zobaczyliśmy wczorajszego wieczoru, nie można nazwać po prostu spektaklem. To był urzekający pokaz wszechstronnych umiejętności aktorki; feeria form i artystycznych barw. Zielińska nie tylko opowiadała, ale także tańczyła, śpiewała, grała na fortepianie, gitarze i cymbałkach, a nawet hulała z kolorowymi hula hop, udowadniając, że scena to jej żywioł i że… „uwielbia się gotować” – chociaż zabraniano jej tego na aktorskich studiach(!) Czasami siadała przed garderobianym lustrem, poprawiając makijaż i plotkując o showbiznesowym świecie, by za moment wyjść (dosłownie!) z lustrzanej tafli… Zaskoczyć publiczność akrobacjami – śpiewem w pozycji „na głowie” czy balansowaniem na wysokim krześle. Chodziła także na czworakach – po scenie i drewnianym murku (oddzielającym pierwsze trzy rzędy od reszty widowni), a także angażowała widzów do wspólnej zabawy. Ktoś z publiczności przygrywał jej na cymbałkach, ktoś (w tym wujek aktorki – radny wojewódzki Stanisław Pasoń) odpowiadał na pytania. Gromki śmiech rozbrzmiewał echem po całej sali!

W pewnym momencie artystka „zadzwoniła” też do Włodzimierza Korcza, swego muzycznego autorytetu (z prośbą o ocenę jej aktualnego śpiewu) – odważnie konfrontując się z wcześniejszym stwierdzeniem słynnego pianisty i kompozytora, że „nigdy nie będzie wokalistką, tylko śpiewającą aktorką”.

Energię i klimat spektaklu budowali również towarzyszący artystce muzycy. Byli nie tylko akompaniatorami, lecz partnerami w scenicznym dialogu. Reagowali na żarty i nastroje aktorki, a czasem mobilizowali ją do działania czy scenicznej odwagi A ta na pewno była potrzebna! Chociażby do wykonania przepełnionego absurdem, groteskowego utworu o musze lezbijce! W piosence o małym chińczyku muzycy uroczo bawili się też z panią Kasią – jak dzieci! Szczególnego smaku nadała spektaklowi obecność (tym razem tylko w formie nagrania głosu) Katarzyny Adamczyk – garderobianej w Teatrze Komedia. Jej ironiczne, dowcipne komentarze ożywiały spektakl, pomagając aktorce pokazać siebie i swój zawód z jeszcze większym dystansem.

Spotkanie Katarzyny Zielińskiej z rodzimą publicznością (która bez wątpienia okazała się być „grupą docelową”!) w całości wypełnione było emocjami. Najbardziej wzruszający był jednak jego finał. Na bis aktorka przeczytała bowiem list od Artura Andrusa – napisany specjalnie na występ w starosądeckim Sokole. Były w nim, miedzy innymi, słowa piosenki, którą nasza rodaczka miała zaśpiewać na melodię utworu „Niech żyje bal”. I zaśpiewała!

Piosenka była wzruszającym hymnem na cześć Starego Sącza, ale także osobistą „pocztówką z przeszłości” – z serca wyśpiewaną wspólnie z publicznością. Przywoływała klasztor klarysek, dzieciństwo na osiedlu Słonecznym, szkolne lata i męża znalezionego pod trzepakiem… Słowami Andrusa aktorka żartobliwie żegnała się też z publicznością, „domagając się”, by pozwolono jej wyjść, bo musi jeszcze odwiedzić rodzinę – w tym ciocię Lusi, która „już trzeci raz podgrzewa pierogi”. Na widowni pojawił się śmiech, ale były też serdeczne gesty i łzy wzruszenia… Siedząca w moim rzędzie „ciocia Lusi” (pani Lucyna Weryńska) radośnie machała do ukochanej Kasi, znajomi i przyjaciele przybiegli z kwiatami… Najbardziej wzruszający był moment, gdy pod scenę, z bukietem czerwonych róż, podszedł tato aktorki. Serdeczny gest, którym przytuliła go pani Kasia, zamknął wieczór klamrą czułości, której długo nie da się zapomnieć. W czasie odbywającego się po pierwszym przedstawieniu spotkania z widzami na scenicznych deskach pojawili się też synkowie artystki: Henio i Aleś.

Spektakl „A ja może się położę” był niezapomnianą, przecudną opowieścią Katarzyny Zielińskiej o jej życiu, aktorstwie, miłości i korzeniach. W każdej jego scenie można było odnaleźć szczerość, ekspresję i poczucie humoru, które w sercach widzów pozostawiły trwały ślad – barwny, prawdziwy i głęboko poruszający.

Ja siedziałam jak zahipnotyzowana – z niegasnącym uśmiechem na ustach i w sercu.

Pani Kasiu, w imieniu nas wszystkich, dziękuję!

Anna Skalska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *