Rezerwat jednoznacznie kojarzy się z ochroną czegoś, co zagrożone jest wyginięciem. W sztuce Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, którą na scenie 29. Jesiennego Festiwalu Teatralnego pokazali aktorzy Towarzystwa Dramatycznego w Nowym Sączu, rezerwat ma chronić staropolską kulturę w czasach Polski międzywojennej. Celem ochrony nie jest jednak przetrwanie, a czyjeś widzimisię, suto opłacone dolarami.

Lekka komedia z elementami groteski i dużą dawką ironii opowiada o szalonym cudzoziemcu – stereotypowym, bogatym Amerykaninie z wizją, który w różnych zakątkach świata otwiera rezerwaty, mające zatrzymać czas i zachować "wszystko po staremu". Nasz rodzimy "Rezerwat” w reżyserii Janusza Michalika, przenosi widza w świat, w którym polskość staje się towarem wystawionym na pokaz. W szlacheckim dworku odtworzone zostaje dawne życie - staropolskie obyczaje, stroje, gesty i język. To satyryczna alegoria współczesnej tęsknoty za dawnymi, lepszymi czasami, ale też pewne ostrzeżenie przed zamykaniem się w muzeum własnej tradycji.

Funkcjonowanie rezerwatu nie jest jednak takie oczywiste – mieszkańcom dworku trudno zrezygnować z udogodnień cywilizacyjnych – radia, telefonu, elektryczności czy nawet łazienki. Pod wpływem i naciskiem menadżera Ralfa (w tej roli bardzo dynamiczny Cezary Kmiecik) przyjmują jednak powierzone im role – jest mickiewiczowski Pan Tadeusz (Paweł Pokrywka) i niewinna Zosia (Dominika Rola), są ludowe stroje i przyśpiewki, obrzędy i tradycje, wszystko, czego "ne ma w Ameryce". Nie ważne, że dożynki odbywają się w czerwcu, podobnie jak śmigus-dyngus, wielkanocna bitwa na pisanki, czy finałowe wejście kolędników. Pan płaci, Pan wymaga. Jest też oczywiście sporo, związanego z całą tą grą pozorów, barwnego zamieszania, nieporozumień i niespodziewanych wizyt – w kartoflisku ląduje samolot, a w trzecim akcie przybywa niezapowiedziana żona Amerykanina, Imogena.

Te dwie postacie – Amerykanin Corner (Andrzej Zarych) i jego małżonka Imogena (Monika Zagórowska) – zarysowane zostały najmocniej. Przerysowane, można by powiedzieć, celowo i zamierzenie, jak to w amerykańskiej kulturze często bywa. Jednak w dziwacznych upodobaniach Cornera (w rezerwacie w Czarnogórze mieli go pobić lokalni zbóje, a na Litwie ukąsić wąż) tkwi pewna doza życiowej prawdy. Bo czy podróżując do miejsc dla nas nowych i egzotycznych nie oczekujemy właśnie tego, co najbardziej rdzenne? A w kierunku odwrotnym – jadąc do USA – kto nie chciałby zobaczyć Indianina? Tylko koniecznie takiego prawdziwego, w pióropuszu, skórach, z naszyjnikiem z zębów niedźwiedzia. Koniecznie na koniu. I musi mieć długi warkocz, i łuk, i strzały. Ano właśnie. Nasze wyobrażenia o obcych kulturach pokutują do dziś (Indianie, to tylko jeden przykład, można by je szybko rozmnożyć).

Pierwsza uniwersalna prawda ukryta w "Rezerwacie" pokazuje, że od zawsze fascynowało nas to, co odmienne i obce, pod warunkiem spełnienia naszych własnych oczekiwań. Druga po raz kolejny udowadnia, że wszystko można wystawić na sprzedaż, w ostatecznym rozrachunku nawet miłość. A trzecia, że miłość zawsze wygrywa. Nie amerykańskie dolary, nie american dream. Pomimo przekonania, że tylko cudzoziemiec potrafi docenić kobietę, wygrywa miłość Tadeusza i Gieni. I oby tak zawsze wygrywała, żeby za kilka wieków nie trzeba jej było oglądać w rezerwatach.

Omawiając "Rezerwat" warto podkreślić także dużą dbałość o stronę estetyczną przedstawienia – kostiumy Marty Ruchały świetnie podkreślają kontrast między tradycją a komercyjnym wymiarem „rezerwatu”, a scenografia bardzo trafnie odzwierciedla wnętrze szlacheckiego dworku tamtych czasów.

Przedstawienie było zaledwie drugą odsłoną spektaklu od czasów bardzo świeżej premiery 29 września. Sztuka wpisuje się w obchody Roku Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej ogłoszonego przez Senat RP. "Rezerwat", zagrany z dużym zaangażowaniem, naturalnością i energią, spotkał się z ciepłym przyjęciem publiczności.

Kaja Cyganik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *