Szalony kapleusznik z "Alicji w Krainie Czarów" twierdził, że "myślę kiedy mówię, to to samo co: mówię, to co myślę". W przeważającej większości myślimy, kiedy, czy też zanim, coś powiemy. A co by było, gdyby każdy mówił to, co myśli? Bez filtrów, bez hamulców, kawa na ławę. Dramat by był. I byłaby też z tego niezła komedia.

1. Po akupunkturze w duży paluch u nogi: 

Janusz Michalik nazwał tę sztukę „ostrą lingwistycznie”, a przed rozpoczęciem spektaklu, głos reżysera Artura Barcisia (Wielki Brat patrzył, jak się okazało), wydał ostrzeżenie o zagęszczeniu brzydkimi wyrazami. „Bez hamulców” oznaczono jako sztukę odpowiednią dla widzów 18+, również ze względu na podteksty seksualne.

W czwartkowy wieczór na scenie starosądeckiego Sokoła zobaczyliśmy bardzo oryginalną, ognistą komedię autorstwa Laurenta Baffie „Bez hamulców” w wykonaniu aktorów Wydziału Produkcji w Warszawie. Główny bohater Filip Moris (w tej roli Piotr Szwedes), cierpi na dziwną przypadłość, która powoduje, że nie potrafi niczego przemilczeć — mówi wprost wszystko, co mu przychodzi do głowy. Szukając pomocy u psychiatry (w tej roli Jacek Kopczyński) trafia do kliniki, w której zdiagnozować próbuje go bardzo osobliwe konsylium lekarskie. Jest czarujący chirurg, jak się okazuje – plastyczny Jan (Paweł Ciołkosz), obłędnie ponętna pani neurolog Beata (Katarzyna Ankudowicz), infantylna pediatra Flora, wystylizowana na japońską lolitę kawaii z przesłodkim plecaczkiem-pokemonem (Karolina Sawka), silna i nieustępliwa chiropraktyczka (Joanna Kurowska) oraz pojawiający się na końcu spektaklu chiński akupunkturzysta Chee (Hiroaki Murakami).

Akcja rozwija się stopniowo, oparta o dynamiczne, zabawne, miejscami błyskotliwe, dialogi i prowokacyjny humor. Napięcie rośnie, piętrzą się nieporozumienia, szczerość boli, a kłamstwo staje się prawdą – niekoniecznie wygodną. Sztuka zagrana jest naprawdę przyzwoicie – w niektórych momentach widzowi trudno się połapać, czy aktorzy mylą się celowo, czy przez przypadek. Niektóre sceny są powtarzane, zawsze pod czujnym nadzorem głosu reżysera. Sam pomysł zastosowania Głosu wprowadza wrażenie reality show, a miejscami sztuka nabiera wręcz kabaretowego sznytu. Nie brak momentów parodystycznych, karykaturalnych i celowo przerysowanych. Można też zauważyć, że aktorzy grając swoje postacie, sami świetnie się bawią.

Nagły zwrot akcji (o którym także informuje Głos) następuje w momencie, gdy Filip uczy się kłamać. Ukryte w kłamstwach prawdy powodują zemstę wściekłych macic, kiedy wychodzi na jaw chorobliwa wręcz skłonność do romansów doktora Jana (chirurga). 

Przypadłość Filipa, ostatecznie diagnozowana jako ZSP (Zespół Syndromów Psychoaktywnych), zostaje dostrzeżona i wyeliminowana przez akupunkturzystą Chee, który, po przeanalizowaniu objawów i krótkim wywiadzie lekarskim, nakłuwając duży paluch u nogi chorego, wyrównuje jego siły pierwotne. Hamulce wracają i nagle robi się miło, grzecznie i z równo zaczesanym przedziałkiem.

Nie każdy jednak wychodzi z tej historii z tarczą, a sam finał jest dla widza kompletnym zaskoczeniem. Publiczność 29. Jesiennego Festiwalu Teatralnego przyjęła spektakl głośnymi wybuchami śmiechu i gromkimi oklaskami na stojąco. Można powiedzieć, że był to bardzo uwalniający wieczór, który pokazał, że często tego, co myślimy, nie mamy odwagi powiedzieć na głos.

2. Bez hamulców: 

Pierwszy pojawił się grymas. A chwilę potem pytanie – po co? Po co pisać takie scenariusze, po co wystawiać takie sztuki? Dla kontrowersji? Efekciarstwa? Pod publiczkę?

Dlaczego niezmiennie śmieszą nas fruwające, soczyste ku*wy, dlaczego śmiejemy się w prostackich, prymitywnych, pieprznych, zabarwionych mizoginizmem tekstów, bawi nas klepanie po tyłkach, wyuzdanie i dwuznaczne gesty?

Czy nie wystarczy nam kabaret, w którym wulgaryzmy mają swoje wygrzane miejsce? Teatr przecież samoistnie kojarzy się z kulturą nie tyle wyższą, co osobistą.

 Nawet jeśli założymy, że sztuka stawia na odwagę wypowiadania tego, co zwykle zostaje przemilczane z powodu konwenansów i obnaża wszędobylską hipokryzję, czy musi to robić tak ordynarnie i obcesowo?

Nie(zła) sztuka „Bez hamulców” sprowadza atrakcyjność kobiet do seksownych kreacji, głębokich dekoltów i kocich ruchów, co idzie w parze z najnowszymi trendami i społeczną presją – lekarka musi dobrze wyglądać. Czy musi dobrze leczyć? Niekoniecznie, wystarczy, żeby współpracowała z korporacjami farmaceutycznymi i przepisywała dużo leków. Trochę się po uszach doktorom w tej sztuce dostało. Narcyzom w typie macho też.

A może trzeba złapać trochę dystansu?

To spróbujmy teraz skłamać… 

Sztuka francuska nie jest przereklamowana.

Każdy, kogo bulwersują wulgaryzmy w sztuce, sam nigdy nie przeklina.

 Dosadny, ostry humor lubią tylko ludzie prymitywni.

 Istnieje wolność słowa i wypowiedzi.

 I tak proszę Państwa, proszę sobie wybrać, która wersja prawdy jest Wam bliższa. Przewrotność tego omówienia jest zabiegiem celowym. Ja się uśmiałam.

Kaja Cyganik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *