Wchodzę na salę Sokoła i utwierdzam się w przekonaniu, że to nie będzie zwykły wieczór w teatrze. Przestrzeń wygląda szczególnie. W miejscu trzech pierwszych rzędów foteli stoją stoliki, a na nich jutowe worki z fasolą i emaliowane (obtłuczone, a nawet osmolone) garnki, które pamiętają niejedno gotowanie. Zajmuję wolne krzesło. Siedząca obok pani Zosia już wyłuskuje nerkowate ziarna; druga sąsiadka również. Sięgam po wysuszone strąki… Moja pamięć wraca do czasów dzieciństwa… Widzę babcię i dziadka, którzy tak samo, głównie wieczorami, pochylali się nad fasolą czy bobem, snując opowieści o wszystkim – świecie, ludziach, dawnych czasach, również tych tragicznych, snach… Powracające obrazy sprawiają, że nie jestem już tylko widzem, ale też uczestnikiem rodzinnego rytuału, zakorzenionego w tradycji i domowym cieple.
Z zadumy wyrywa mnie dosyć głośny śpiew. Zza naszych pleców, jak z sąsiedniej izby, wchodzi starszy mężczyzna podparty laską. Siada na jednym z krzesełek i, patrząc na męża mojej koleżanki, z uśmiechem mówi: „Przyszedł pan fasoli kupić? Do mnie? To przecież w każdym sklepie dostanie pan fasoli”. Tak zaczyna się ten wieczór – nie przedstawienie, ale spotkanie, niezwykła podróż przez cudowność i prostotę, w której każdy z obecnych odnajdzie własną historię. Wyłuska ją – ziarnko po ziarenku…
„Traktat o łuskaniu fasoli” – powstały na podstawie znakomitej powieści Wiesława Myśliwskiego, w roku 2007 wyróżnionej Nagrodą Literacką „Nike” – przywiózł na 29. Jesienny Festiwal Teatralny w Starym Sączu kultowy Teatr im. Stanisława Ignacego Witkiewicza w Zakopanem. Spektakl jest autorskim dziełem Emilii Nagórki. To ona go wyreżyserowała i opracowała muzycznie; jest też autorką scenariusza, scenografii i kostiumów. W przedstawieniu występuje siedmioro aktorów (obok pani reżyser – Agnieszka Michalik, Andrzej Bienias, Kamil Joński, Krzysztof Łakomik, Piotr Łakomik i Krzysztof Wnuk), którzy wcielają się w wiele różnych ról – nieważne czy męskich czy żeńskich; tragicznych czy komicznych; postaci młodych czy starych. Sama Emilia Nagórka gra babkę (bez charakteryzacji), tragicznego nauczyciela muzyki, młodziutką sanitariuszkę z oddziału partyzanckiego, a w finale – wielką, ale niespełnioną miłość głównego bohatera.
Centralną postacią powieści Myśliwskiego (i spektaklu Nagórki) jest narrator – przewodnik po uniwersalnych ludzkich doświadczeniach. Będąc już u schyłku życia, przez jeden dzień łuska fasolę z człowiekiem, który przyjechał do niego, żeby ją kupić i opowiada mu swoją historię. Narracja jest nieuporządkowana, niechronologiczna, pełna niedomówień… Wybiórcza pamięć bohatera przywołuje różne postacie, które (na początku przedstawienia) chaotycznie wpychają się na scenę (do jego głowy)…
W rolę bohatera-narratora wciela się dwóch aktorów: Krzysztof Łakomik i Piotr Łakomik – ojciec i syn. Opowiadane przez nich historie nawzajem się przenikają, uzupełniają, łączą przeszłość z teraźniejszością, pamięć z zapomnieniem… Starość i młodość są dla siebie lustrem, co wymownie pokazano w jednej z końcowych scen.
W zakopiańskiej siedzibie teatru spektakl grany jest na Małej Scenie, równocześnie teatralnej kawiarni (Kawiarnia Witkacy). Krzysztof Łakomik chodzi więc pomiędzy stolikami, patrzy w oczy łuskającym fasolę widzom i tekstem Myśliwskiego pyta: „Czy myśmy się już kiedyś nie spotkali? Tylko gdzie, kiedy?”;„Pan pierwszy raz jest na tym świecie? Bo tak wszystkiemu się pan dziwi”; „Przepraszam, że spytam, pan nigdy nie miał takiego poczucia, że za długo pan żyje”; „Pan wierzy w sny?”; „A może napije się pan herbaty”… W teatralnej sali Sokoła można było stworzyć tylko namiastkę kawiarnianej przestrzeni. Wystarczyło.
Krzysztof Łakomik odgrywa w tym spektaklu rolę szczególną – jest charyzmatyczny i szczery. W sposób niezwykle prawdziwy niesie na swoich barkach ciężar doświadczeń, wspomnień, tęsknot, strat… Jego emocjonalność jest głęboka, ale nieprzerysowana. Przenikliwe, pełne skupienia i czułości oczy (w których odnaleźć można całą gamę uczuć), drżenie twarzy, rąk, głosu, drobne gesty – wszystko to buduje niezwykle poruszający portret człowieka doświadczonego życiem, który wciąż szuka prawdy i sensu. Emocjonalne niuanse mogli, niestety, dostrzec tylko widzowie ze strefy stolikowej i pierwszych rzędów foteli, warto więc je podkreślić, bo robią wrażenie. Wizerunek bohatera-narratora świetnie uzupełnia Piotr Łakomik (przez zdecydowaną część spektaklu stojący na scenie); wnosi młodzieńczą świeżość i dynamikę.
Bohater jest więc Tu i Tam – w świecie obecnym i przeszłym.
Przedstawienie przywołuje kolejne etapy jego życia: okres przedwojenny, wojenny, szkolny, zawodowy, emigracyjny. Każdy z nich wypełniają bardzo charakterystyczni, niejednokrotnie barwni, ludzie i niezapomniane sceny. Postacie i zdarzenia, choć osadzone w konkretnych realiach, mają wymiar uniwersalny, bo „Traktat o łuskaniu fasoli” to opowieść o każdym z nas – o drodze, którą przemierzamy, o miłości, którą tracimy, o przypadkach, które definiują nasze życie, o przeznaczeniu, którego sens próbujemy zrozumieć, o samotności… Mistrzostwo języka i reżyserskie zabiegi budują świat pełen symboliki; przepełniony znaczeniami. Co zdanie to aforyzm, który wpada nie tylko do ucha…
Korowód spektaklowych postaci rozpoczyna rodzina narratora – matka, ojciec, babka, dziadek i nieszczęśliwy stryj Jan, który popełnił samobójstwo, a później przed takim samym czynem uratował swojego bratanka. Wszyscy siedzą przy stole, w świetle naftowej lampy, łuskają fasolę i rozmawiają. Babka tłumaczy sny, dziadek opowiada o żołnierskich doświadczeniach, matka zaś mówi o świetle… A tak naprawdę o ludziach – różnych i różnie świecących: „Są światła żyjące i światła umarłe. Takie, co tylko świecą i takie, co pamiętają. Co niechby świeciły najjaśniej, a ślepe są. I takie, co ledwo się tlą, a widzą aż po koniec życia. Nie ma dla nich granic, czasu, przestrzeni. Są w stanie przywołać najdawniejszą pamięć”. Światło ma w tym przedstawieniu znaczenie szczególne. Przez cały czas pulsuje z tyłu sceny, a motyw zapalania naftowej lampy jest jednym z piękniejszych – na pewno w powieści, ale w spektaklu również.
Wydarzenia tragicznego okresu wojennego chyba najtrudniej złożyć w spójną całość. Pacyfikacja wsi, nie do końca wyjaśnione ocalenie (scena kawiarnianej rozmowy z synem żołnierza-samobójcy mówi sporo, ale nie wszystko), opieka sanitariuszki z partyzanckiego oddziału – pięknej dziewczyny, urzekającej w subtelnej scenie erotycznej. Jak widać erotyzm można pokazać bez wyuzdania i wulgarności!
Ludzi, których losy naznaczyła wojna, a później nowy ustrój, spotykamy też w kolejnych okresach życia narratora – szkolnym i zawodowym. Jest wśród nich sprzedawca kapeluszy (w spektaklu Nagórki – sprzedawczyni), nauczyciel muzyki – nieszczęśliwy alkoholik, pracujący na budowie były student filozofii, magazynier – saksofonista, dzięki któremu narrator może rozwinąć swój talent i porzucona Basia z pięknym warkoczem. Każda z postaci wbija się w pamięć, ale mnie szczególnie urzekł właśnie nauczyciel. W trudnych czasach stalinizmu, kiedy sam stracił wszystko, potrafił sprzeciwić się okrucieństwu i głupocie, a swoich uczniów nauczyć, że warto być przyzwoitym i szanować ludzkie marzenia. Scena, w której chłopcy ustawiają się jak w orkiestrze, wykazując solidarność z aresztowanym „panem od muzyki”, jest naprawdę poruszająca… Jak w filmie „Stowarzyszenie umarłych poetów” – żegnają swojego „kapitana”.
Spektakl jest oczywiście poważny, metafizyczny, niewiele więc w nim przestrzeni do śmiechu. Są jednak momenty, w których powaga zostaje przełamana humorem. Zaraz po aresztowaniu nauczyciela na scenie pojawiają się dwie baby (grane przez mężczyzn), które dyskutują o „strasznych” skutkach elektryfikacji. Śmiech wzbudza też absurdalna postać kreta.
Symboliczną wymowę mają obecne w przedstawieniu przedmioty: przekrzywiony krzyż (znak zaniku uczuć metafizycznych), brązowy kapelusz, biały obrus wigilijny… i oczywiście saksofon. Piękny instrument – symbol marzenia, pasji, spełnienia, sensu życia – towarzyszy narratorowi niczym wierny przyjaciel; jego dźwięk słyszany jest również w spektaklowej muzyce. Saksofon nie jest tylko rekwizytem, lecz po prostu aktorem. Wyraźnie podkreślali to artyści, którzy podczas końcowych braw wskazywali na niego, bo również on – świadek i współtwórca historii – zasłużył na uznanie.
„Traktat o łuskaniu fasoli” był spektaklem niezwykłym, ale niezwykłe było również pożegnanie aktorów z publicznością. Po wyjątkowo długiej owacji na stojąco (moim zdaniem najdłuższej i najmocniejszej podczas tegorocznego JFT) nie schowali się za kulisami. Wyszli do holu i tam czekali na widzów. Każdy miał szansę porozmawiać, zrobić sobie zdjęcie, podzielić się swoimi refleksjami i emocjami. To niespotykane pożegnanie stanowiło piękne dopełnienie wieczoru, było gestem otwartości, bliskości, wspólnoty…
Dziękuję za możliwość tego przeżycia!
Anna Skalska