Ostatni dzień Jesiennego Festiwalu Teatralnego w Starym Sączu. Na sali Sokoła gasną światła. Za chwilę rozpocznie się spektakl; wyjątkowa komedia omyłek, a w niej słynne cytaty z Szekspira, zabawne spiski, miłosne schadzki, pojedynki, włoski temperament i błyskotliwa gra aktorów. Jesteśmy w Weronie – tej sprzed wieków, pełnej renesansowych barw i ornamentów, ale jakoś współczesnej…

Komedia „Żegnaj, Panie Szekspir”, w reżyserii Jakuba Przebindowskiego, którą w niedzielę zaprezentował widzom JFP warszawski Teatr Kwadrat, wzbudziła prawdziwy zachwyt publiczności. Była niekonwencjonalnym spotkaniem z angielskim mistrzem dramatu, jego utworami i bohaterami, podróżą do sportretowanej przez niego Werony (w sam środek jej rodowych waśni i intryg), ale przede wszystkim wspaniałą zabawą – inspirowaną błyskotliwym, pastiszowym humorem.

Autorem sztuki (napisanej w języku staroangielskim – szekspirowskim) jest Michael Kelly; doskonałego przekładu na język polski dokonał zaś Ryszard Krynicki. Tłumacz wykorzystał – utrwalone w literackiej tradycji – cytaty z innych polskich przekładów utworów Szekspira (dla wielu widzów łatwo rozpoznawalne) i umieścił je w nowym, humorystycznym kontekście, w którym nabrały nieoczekiwanych znaczeń. Tak było chociażby z przedśmiertnymi słowami Makbeta: „Życie jest tylko przechodnim półcieniem, nędznym aktorem…”, które w oryginale wyrażają utratę wiary w sens istnienia. Nowych odczytań nabrały też nieśmiertelne cytaty z „Hamleta”, niektóre kreatywnie sparafrazowane. Kiedy spektaklowa Julia (zupełne przeciwieństwo tej wykreowanej przez Szekspira) zastanawiała się, czy wypić miłosny eliksir ojca Laurentego, usłyszeliśmy: „Pić albo nie pić?”… Słynny monolog duńskiego królewicza ciekawie toczył się też dalej…

Fabuła sztuki Kelyego odwołuje się do znanej całemu światu historii o nieszczęśliwej parze kochanków z Werony, ale ich losy traktuje z przymrużeniem oka. Willy Szekspir (Karol Kossakowski), młody dramaturg, dla którego „Anglia jest więzieniem”(!), ucieka z deszczowego Londynu, swobody i inspiracji poszukując właśnie w Weronie. Okazuje się jednak, że tafia w sam środek odwiecznej waśni Montekich i Kapuletów. W spektaklowej wersji dramatu nic nie dzieje się tak, jak w słynnym oryginale. Romeo i Julia szczerze się nie znoszą, Parys ponad miłość przedkłada karierę na książęcym dworze, a strzała Amora – nieudolnie kierowana dłonią ojca Laurentego – nie zawsze trafia tam, gdzie powinna. Magiczny likwor zakonnika działa przewrotnie: stary Monteki (Wojciech Wysocki) zakochuje się w żonie Kapuleta (Ewa Wencel), z kolei Kapulet (Andrzej Grabarczyk) pała miłosną żądzą do niemłodej już niani swojej córki (Aldona Jankowska).

Gorące amory obu par przyniosły widzom mnóstwo śmiechu. Wyjątkowo komiczne były zwłaszcza namiętne „sceny balkonowe”, w których padały cytaty z oryginalnej rozmowy Romea i Julii. Ich pastiszowy charakter podkreślał lekkość i ironiczność całego spektaklu.

Klimat dramatu Szekspira oddawały też inne fabularne nawiązania – scena balu maskowego u Kapuletów (z pięknymi tańcami dworskimi) oraz dynamiczne, ogniste pojedynki szermiercze, z udziałem Romea (Artur Kujawa), Benwolia (Jan Butruk) i Parysa (Patryk Pietrzak). Walka była prowadzona tak energicznie i blisko widowni, że osoby siedzące w pierwszym rzędzie (do których się zaliczam) czuły mocny dreszcz emocji – ostrze szpady zdawało się być na wyciągnięcie ręki… A gdyby tak któryś z dzielnych werończyków niechcący upuścił swoją broń…

Interakcje aktorów z publicznością były ważną częścią przedstawienia. Bohaterowie wpadali na scenę nie zza kulis, tylko z holu, biegali po widowni, przechodzili między rzędami. W pewnym momencie za moimi plecami znalazł się rozpędzony Parys, i wywołując śmiech sąsiadów, z zaskoczenia przesunął moje krzesło.… Pytano mnie później, czy to było planowane. Nie było.

Tego, że akcja rozgrywa się w renesansowej Weronie, nie dało się przeoczyć. Centralnym elementem scenografii była ogromna mapa miasta (oryginalna, odnaleziona we włoskim archiwum) powiększona przez autora scenografii Wojciecha Stefaniaka. Konkretną lokalizację poszczególnych wydarzeń wskazywał też głos spoza sceny, który po włosku (a później po polsku) informował: Plac Szeroki w Weronie, dom Kapuletów, dom Montekich, pola wokół Werony….

Jak już wspomniałam, utwór został napisany językiem szekspirowskim, jego archaiczność zachował też polski przekład. Chcąc nieco „odkurzyć” prezentowaną historię i uczynić ją bliższą widzowi, reżyser zdecydował się na wprowadzenie wielu współczesnych elementów. Mariaż tradycji i współczesności widoczny był chociażby w kostiumach bohaterów. Niektóre ich elementy inspirowano renesansem, ale wiele innych (dresy, dżinsy, sportowe buty czy skórzaną kurtkę Julii) odnaleźlibyśmy też też we własnej szafie.

Współczesny, ale także włoski klimat podkreślały też liczne elementy scenografii (szachownica na posadzce, tapeta z owocami, słynne talerze Piero Fornasetiego z wizerunkiem Liny Cavalieri, korkociąg Alessandro Mendiniego – ikona włoskiego designu) oraz spektaklowa muzyka. Napisaną przez Jakuba Przebindowskiego piosenkę „Signora Lazania”, stylizowaną na włoskie przeboje z lat osiemdziesiątych (w Polsce znane głównie z wykonań Drupiego), zaśpiewał Stefano Terrazino.

W przedstawieniu znalazły się też aluzje do wielkiej miłości wszystkich Włochów, czyli futbolu. Niebieska piłka z napisem Italia kilkukrotnie krążyła po scenie, a funkcję sztandarów księcia Eskalusa pełniły proporce werońskiego klubu Hellas.

„Żegnaj, Panie Szekspir” to lekka, urocza, bogata w pastiszowe odniesienia komedia omyłek, mocno czerpiąca z polskiej tradycji szekspirowskiej. Humor sytuacyjny, energia aktorów, brawurowe sceny szermierki i liczne odniesienia do włoskiej kultury uczyniły z niej niezapomniane zakończenie starosądeckiego festiwalu, a owacje na stojąco dowiodły, że widzowie potrzebują również tego typu widowisk.

Anna Skalska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *