Rodzeństwo często postrzegane jest przez pryzmat wspólnych genów i wychowania, które – jak się wydaje – powinny gwarantować podobieństwo cech, zainteresowań i sposobu patrzenia na świat. Jednak życie wielokrotnie udowadnia, że nawet najbliżsi sobie ludzie potrafią być zadziwiająco różni. Spektakl „Dom weselny” w reżyserii Roberta Glińskiego, który widzom 29. Jesiennego Festiwalu Teatralnego zaprezentował wczoraj krakowski Teatr STU, doskonale ilustruje tę prawdę. Charaktery, temperamenty i życiowe wybory bohaterek sztuki – Katarzyny i Róży – różnią się, „jak dwie krople czystej wody”, chociaż ich źródło jest w tym samym rodzinnym domu.

To właśnie na relacjach, odmienności i niełatwej miłości sióstr, w których role wcieliły się dwie wybitne artystki polskiej sceny – Joanna Żółkowska i Beata Rybotycka – opiera się dramaturgia przedstawienia, które urzekło widzów treścią, humorem i prawdą aktorskich kreacji.

Katarzyna, w interpretacji Joanny Żółkowskiej, to tzw. kolorowy ptak. Od początku przyciąga uwagę ekstrawaganckim stylem. Usta mocno podkreśla czerwoną szminką, nosi rudą perukę i ubrania w odważnych barwach; nawet kalosze kupuje jaskrawożółte. Ekscentryzm bohaterki widoczny jest także w poglądach i zachowaniu. Pomimo prawie siedemdziesięciu lat (o których nie pozwala nawet wspomnieć) nie kryje się ze swoimi pragnieniami i potrzebami; jawnie podkreśla zainteresowanie mężczyznami, zwłaszcza młodszymi – czego przykładem jest fascynacja młodym ogrodnikiem. Otwarcie mówi o zabiegach chirurgii estetycznej, którym wielokrotnie się poddawała. Nie kryje też, że przyzwyczaiła się do luksusowego, wygodnego życia. Pieniądze mają dla niej duże znaczenie, a jej rozwodowe batalie z trzecim mężem dowodzą determinacji, z jaką potrafi walczyć o swoje.

Bohaterka grana przez Joannę Żółkowską jest wiecznie niezadowoloną z życia egocentryczką, pełną pretensji do świata i ludzi; sama przyznaje, że ostatni raz naprawdę cieszyła się z czegoś dwadzieścia lat temu. Z córką, która właśnie wychodzi za mąż, nie potrafi znaleźć porozumienia – ich kontakty są chłodne. Maja ma do Katarzyny żal o porzucenie w dzieciństwie, za to serdeczne relacje nawiązuje z ciotką. To właśnie Różę prosi o poprowadzenie do ołtarza, czego nie może zrozumieć i zaakceptować zazdrosna matka.

Katarzyna nawet podczas przygotowań do wesela córki nie potrafi zrezygnować z własnych ambicji i pretensji, ale głębsza analiza jej słów i zachowania pozwala dostrzec coś więcej. W jednym z kluczowych momentów spektaklu – podrzucając konfetti – bohaterka wypowiada życzenie: „żebym była lepszym człowiekiem”, co dowodzi „bólu istnienia” i wrażliwości natury – ukrywanych pod maską ekstrawagancji.

Róża, grana przez Beatę Rybotycką, początkowo sprawia wrażenie szarej myszki – na scenie pojawia się w obszernym, workowatym swetrze, z włosami splecionymi w warkoczyk. Z niewymuszonym humorem opowiada o swoich spotkaniach w „kółku trumiennym”, gdzie wraz z innymi przygotowuje wymarzoną trumnę, czym wywołuje konsternację siostry. Zdecydowanie nie interesują ją żadne zabiegi chirurgiczne, ponieważ w pełni akceptuje siebie i nie zamierza się zmieniać. Nigdy nie wyszła za mąż, ale – jak się okazuje – potrafi czerpać przyjemność z życia. Wbrew przekonaniom siostry prowadzi życie erotyczne, nie stroni też od marihuany, czym zaskakuje nie tylko Katarzynę, ale również widzów.

Scena, w której bohaterka – wyraźnie zaaferowana – pojawia się w białej sukni przygotowywanej dla siostrzenicy, niewątpliwie świadczy, że trochę brakuje jej osobistych ślubnych wzruszeń, ale nie zmienia odbioru jej postaci; przeciwnie – czyni ją jeszcze bardziej ludzką i sympatyczną.

Róża jest osobą otwartą, życzliwą i pomocną. Jej optymizm, błyskotliwość i celność ripost wprowadzają do spektaklu powiew świeżości i humoru. Potrafi być bezpośrednia, sarkastyczna, ale też pełna empatii i zrozumienia wobec innych, w tym egocentrycznej siostry. To właśnie ona, w finale spektaklu, z serdecznością i rozbrajającą szczerością, mówi do Katarzyny: „nikt nie jest doskonały”, przekonując, że tylko pogoda ducha i akceptacja własnych słabości pozwalają naprawdę cieszyć się życiem.

Relacja Katarzyny i Róży zbudowana została w sposób mistrzowski; jest jednocześnie pełna napięcia i czułości. Rozmowy sióstr często przypominają pojedynek. Katarzyna dominuje, Róża najczęściej ustępuje, ale w kluczowych momentach też potrafi postawić na swoim. Wspólna przeszłość, rodzinne wspomnienia i drobne urazy wybrzmiewają w siostrzanych dialogach, ale nie brakuje w nich również serdeczności i żartów. Przygotowania do wesela Mai stają się katalizatorem emocji. Każda decyzja (wybór ślubnych ciast, fason sukni, lista gości czy sposób dekoracji domu) to okazja do drobnych sprzeczek, ale także wzruszeń czy wybuchów śmiechu. Róża, choć z pozoru uległa, potrafi zaskoczyć siostrę stanowczością, podczas gdy Katarzyna, z całym swoim życiowym impetem, w potrzebie szuka wsparcia właśnie u Róży. Ich relacja, pełna kontrastów, jest sercem spektaklu. To w niej mieści się cała złożoność rodzinnych więzi, ale także nadzieja szczerego pojednania i zrozumienia, bo prawdziwa bliskość rodzi się nie z podobieństw, lecz z akceptacji różnic. Joanna Żółkowska i Beata Rybotycka stworzyły duet, który zachwyca naturalnością i wyczuciem scenicznych niuansów. Żółkowska bawi się formą – raz jest wybuchowa, raz refleksyjna; w jednej chwili potrafi rozbroić widza śmiechem, by za moment wzruszyć go szczerością emocji. Jej ekspresja, gesty i mimika (momentami mocno przerysowane) doskonale oddają złożoność postaci Katarzyny. W przeciwieństwie do swojej scenicznej partnerki Beata Rybotycka stawia na minimalizm. Jej Róża porusza się z gracją, mówi cicho, ale stanowczo. I to właśnie w tej powściągliwości i unikaniu przesady kryje się cała siła jej roli. Sceniczne spotkanie obu aktorek opiera się na wzajemnym słuchaniu i reagowaniu. Żadna z nich nie dominuje, obie tworzą harmonijną całość, choć każda z nich wnosi do spektaklu zupełnie inną energię.

Scenografia „Domu weselnego” bardzo dobrze dopełnia akcję, podkreślając domowy, intymny charakter wydarzeń. Prosta, lecz przemyślana aranżacja wnętrza – rodzinne fotografie na ścianach, stary kredens, fotele oraz biurowe krzesło, na którym zwykł siadać ojciec sióstr – są nie tylko tłem rozgrywanych wydarzeń, ale również w sposób symboliczny łączą przeszłość z teraźniejszością.

Ważną rolę w przedstawieniu odgrywają również piosenki Edith Piaf, które rozdzielają poszczególne sceny. Ich obecność – zaznaczona w tekście przez autora sztuki, angielskiego dramaturga Petera Quiltera – nie jest przypadkowa. Utwory francuskiej pieśniarki są nostalgiczne, ale niosą też afirmację życia, świetnie wpisują się więc w wymowę spektaklu i doskonale „komentują” wydarzenia. Kiedy sprowokowana przez siostrę Róża wyznaje, że nie uważa swojego życia za zmarnowane, namiętny, ochrypły głos Piaf dopowiada jeszcze: „Non, je ne regrette rien”.

Premiera „Domu weselnego” odbyła się dwa tygodnie temu w krakowskim Teatrze STU. Przedstawienie jest więc bardzo świeże, a dodatkowo zostało przygotowane do inscenizacji w sali teatralnej o specyficznym układzie. W kameralnym Teatrze STU widownia otacza scenę z trzech stron; aktorzy grają więc w różnych kierunkach, w bardzo bliskim kontakcie z publicznością. Zmiana sceny na tzw. pudełkową (bo taka jest w starosądeckim Sokole) wymusiła sięgnięcie po inne środki wyrazu, co stanowiło znaczną trudność. Rybotycka i Żółkowska mocno podkreślały to w – prowadzonej przez Janusza Michalika – rozmowie po spektaklu. Trudności inscenizacyjne, a także fakt, że spektakl grany był dopiero po raz drugi, momentami dało się zauważyć, ale nie wpłynęło to na ogólny odbiór przedstawienia. Mądrą, uniwersalną, wymowę sztuki oraz autentyczność i intensywność aktorskich kreacji widzowie nagrodzili owacjami na stojąco.

Anna Skalska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *