To jest nagłówek

Widzowie Jesiennego Festiwalu Teatralnego obejrzeli wczoraj spektakl przygotowany przez teatr rodzimy – działającą od 2023 roku starosądecką Scenę Teatralną. Przedstawienie „Kucharki albo źle się dzieje w państwie duńskim”, oparte na motywach dramatu Nory Szczepańskiej, wyreżyserowali: Elwira Michalska i Mieczysław Filipczyk; oni również są autorami scenariusza. Utrzymane w konwencji groteski, intrygujące zabiegi inscenizacyjne reżyserskiego duetu (doskonale już zgranego) mocno wzbogaciły i uatrakcyjniły przekaz autorki. W efekcie, co potwierdzali widzowie, powstało przedstawienie, które naprawdę warto obejrzeć – bogate treściowo, emocjonalne i bardzo widowiskowe.

Tytuł sztuki sugeruje inspirację Szekspirowskim „Hamletem”, ale obecne w niej bezpośrednie odwołania do najsłynniejszego światowego dramatu są tylko tłem dla innej historii, przynoszą nowe refleksje. Do wątków i kwestii wybrzmiałych na wszystkich możliwych scenach świata autorka „Kucharek…” dodała bowiem drugi plan, Szekspirowską historię ukazując od strony kuchni. Morderstwo króla Danii, którego duch regularnie nawiedza zamkowe mury, podejrzenia wobec Gertrudy i jej drugiego męża, tragedia Ofelii i Hamletowe szaleństwo to motywy pojawiające się głównie w prześmiewczych opowieściach służby. Jej życie – podobnie jak większości z nas – toczy się na drugim planie światowej polityki, spisków, walki o władzę czy wielkich filozoficznych sporów, ale na pewno nie jest mniej ważne!

Zamkowe kucharki i dziewki lubią sobie czasem poplotkować na temat swoich pracodawców – możnych tego świata (trochę jak służba w dworku Hurleckich z Gombrowiczowskiego „Ferdydurke”), bywa też, że na swój sposób filozofują (wszak każdy z nas jest filozofem), ale przede wszystkim zajmują się tym, z czego żyją – „machają ścierkami”, piorą, gotują, kiszą kapustę… Mają też własne chichy-śmichy, pragnienia i sny; przeżywają swoje mniejsze lub większe radości, smutki i moralne dylematy; bywają ofiarami prawdziwych tragedii – wcale nie mniejszych od tych, które spadają na szlachetnie urodzonych. Po prostu odgrywają swoją niepowtarzalną rolę na scenie życia, bo przecież: „Świat jest teatrem, aktorami ludzie, którzy kolejno wchodzą i znikają”…

Istotną cechą spektaklu jest jego wymiar uniwersalny – uwypuklony głównie poprzez przemyślany dobór kostiumów i elementów scenografii. Patrząc na stroje bohaterów, trudno odgadnąć, jaką epokę reprezentują. Sznurowana koszula królewicza Hamleta, przy rękawach ozdobiona wstążkami i falbanami, mocno kontrastuje z dziurami na jego spodniach czy białymi trampkami. Współczesne dżinsy i sportowe buty nosi chłopski mistrz w kiszeniu kapusty, zaś (modny w różnych okresach XX wieku, obecnie też na topie) skórzany płaszcz – charyzmatyczny strażnik królewskiego zamku. Stroje większości bohaterek (głównie w odcieniach niebieskości) także nie przypominają tych, w których występowano na scenie Szekspirowskiego Globe Theatre. Wyjątkiem jest tylko piękna suknia Ofelii. Skromna pani reżyser nie przyznała się do jej autorstwa, przekonując, że kostiumy i scenografia to dzieło całego zespołu, ale podsłuchane szepty potwierdziły moje przypuszczenia.

Uniwersalny wymiar spektaklu (teatru ludzkiego życia) ciekawie podkreślają też scenograficzne detale. Ozdobne krzesło, rodem z zamkowego salonu, z rozmysłem postawiono obok drewnianego stołu, wiejskich zydelków i prostej skrzyni. Na kuchennym stole zgodnie stanęły blaszane kubki i kryształowe puchary. Różne środowiska, odmienne czasy – te same ludzkie problemy…

Na uwagę zasługuje scenografia – konsekwentnie utrzymana w bieli i odcieniach niebieskiego. Wymownie oddziela, ale chyba też łączy, dwa plany spektaklowego świata (dworski i kuchenny), jest symboliczna, widowiskowa i mocno oddziałuje na wyobraźnię. Jakie tajemnice ukrywane są za przezroczystą tkaniną? Ile z nich dotrze do zwyczajnego świata? O co chodzi z tym niebieskim? Dużo pytań – już od wejścia na salę!

Pomysłowych zabiegów inscenizacyjnych jest w „Kucharkach…” znacznie więcej. Uwagę przyciąga intrygujący układ choreograficzny z Ofelią w beczce – autorstwa Ireny Michalskiej. Podoba się dynamiczna rama kompozycyjna – ciekawy sposób na aktorskie powitanie i pożegnanie z widzami. Wyobraźnię pobudzają liczne sceny groteskowe, zgodnie z konwencją mocno przerysowane: kuchenna inscenizacja śmierci starego Hamleta, sprzyjający plotkom przegląd królewskiej garderoby, filozoficzna rozmowa Kapuściarza z towarzyszącym mu osłem (upostaciowanym alter ego) czy w końcu szatkowanie i kiszenie kapusty – według mnie genialne! W groteskowym spektaklu znalazło się też miejsce dla obrazów głęboko lirycznych, w tym pięknej sceny miłosnej. Atmosferę sztuki i towarzyszące bohaterom emocje wymownie oddaje – doskonale zsynchronizowana z treścią – warstwa dźwiękowa; w tym ludowe przyśpiewki i groźne odgłosy natury. Podobną rolę odgrywa też światło – najczęściej spokojne, monochromatyczne (wzmacniające niebieskość scenografii), ale czasem również dynamiczne – ekspresywnie pulsujące mocną czerwienią. Jak ta czerwień sugestywnie połyskuje na siekających kapustę nożach! Jak mocno pobudza wyobraźnię!

I jeszcze kilka zdań o spektaklowych postaciach i aktorskich kreacjach – naprawdę udanych. Głównymi bohaterkami sztuki są – reprezentujące różne typy charakterologiczne – zamkowe kucharki. Przewodzi im Stara – kobieta doświadczona, mądra, silna, a kiedy trzeba również ciepła i wrażliwa. To ona jest mistrzynią kulinarnej sztuki i życiową mentorką młodszych dziewcząt. W roli Starej świetnie sprawdziła się Halina Lenartowicz. Jest charyzmatyczna i prawdziwa, chociaż jej wygląd mocno zaprzecza scenicznemu „imieniu”(!).

Średnie pokolenie kucharek reprezentuje radosna, pracowita i pewna siebie Jurna – dziewczyna o zmysłowym uroku i flirtującym usposobieniu. W odważnej interpretacji Marty Zięby mocno przyciąga uwagę; nie tylko męską.

Zupełnie odmienna charakterologicznie jest najmłodsza z kucharek – Mała. Ta wyjątkowo wrażliwa dziewczyna marzy o eleganckim świecie i wielkiej romantycznej miłości. Niestety, młodzieńcza naiwność nie pozwala jej racjonalnie ocenić rzeczywistości, oddzielić prawdy od fantazji, co w konsekwencji przynosi cierpienie. Zafascynowana Ofelią Mała chce być taka jak ona; daje się też uwikłać w niebezpieczną relację z Hamletem. Ponadprzeciętną wrażliwość bohaterki, jej wielkie uczucie, a przede wszystkim tragizm odrzucenia, świetnie – niezwykle prawdziwie, z dziewczęcym wdziękiem i wrażliwością – oddała Wiktoria Bołoz. Mnie szczególne podobała się w miłosnej scenie z Hamletem – subtelnej i wzruszającej, ale z pewnością niełatwej do zagrania, zwłaszcza dla tak młodej dziewczyny.

Obok kucharek w spektaklu występują też trzy zamkowe dziewki – dziewczęta pracowite, dowcipne i pełne życia. W ich role z urokiem wcieliły się: Agnieszka Sznajder oraz Agata Tokarczyk-Pyrdoł i Amelie Foglar (dwie reprezentantki najmłodszego pokolenia starosądeckiego teatru). Swoje artystyczne umiejętności aktorki zaprezentowały w wielu ciekawych scenach, a także intrygującym i niełatwym układzie choreograficznym.

Ukryty za przezroczystą zasłoną spektaklowy świat sfer wyższych reprezentują: Ofelia i Hamlet – oboje młodzi, piękni, ale też wyjątkowo nieszczęśliwi. Refleksyjno-filozoficzną naturę duńskiego królewicza, jego wewnętrzną słabość, rozdarcie i tragizm dobrze pokazał Karol Gałysa. W postać córki Poloniusza pięknie wcieliła się natomiast Nikola Biroś. Zagrana przez nią bohaterka jest dystyngowana, delikatna, wrażliwa i melancholijna, ale też naiwna i podatna na manipulację – czyli taka, jaką była Ofelia. Siedziałam w pierwszym rzędzie, więc dobrze widziałam twarz Nikoli i prawdę jej emocji, szczególnie silnych w scenie upokorzenia granej przez nią bohaterki – w beczce kapusty.

Uwagę widzów starosądeckiego spektaklu skupiają też dwie intrygujące postacie męskie: pilnujący zamkowych bram Marcellus oraz wiejski pomocnik i domorosły filozof Kapuściarz – obaj dojrzali, na swój sposób uroczy i uwodzicielscy. Ich wyraziste, a momentami też zabawne, role z urokiem odegrali: Grzegorz Niesporek i Sławomir Bodziony.

Nowatorska sztuka teatralna zwykle nie dąży do prostego przedstawienia losów bohaterów i otaczającej ich rzeczywistości. Skupia się natomiast na wywołaniu u widza – ważnej i potrzebnej – refleksji nad światem i ludzką naturą. W tym celu sięga po ciekawe pomysły inscenizacyjne; zaskakuje, intryguje, czasem prowokuje… Tak właśnie jest w „Kucharkach…”.

Mam nadzieję, że spektakl będzie jeszcze pokazywany, nie tylko w Starym Sączu. Może aktorzy i para reżyserów pojadą też na jakiś festiwal albo konkurs? Warto pochwalić się taką pracą.

Anna Skalska

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *