Sobota. Weekend dla siebie, dla przyjaciół, dla rodziny, wspólny czas z dziećmi może? Tak zupełnie bez telefonu. Ilu z nas potrafi jeszcze wyłączyć smartfona na 48 godzin, odłożyć go do szuflady i wyzwolić się od magnetycznej siły przyciągania światów, które się w nim kryją? A co najważniejsze – czy bez wirtualnej rzeczywistości potrafimy być jeszcze szczęśliwi? Czy w ogóle potrafimy dostrzegać, doceniać i przeżywać szczęście? I czym jest szczęście we współczesnym świecie?

Czy jesteś #szczęśliwy?

W sobotni wieczór aktorzy Teatru Kamienica z Warszawy postawili widzów 29. Jesiennego Festiwalu Teatralnego przed lustrem. I każdy, kto chciał spojrzeć głębiej - znalazł w nim cząstkę siebie.

"Rodzina w sieci" została napisana i wyreżyserowana przez Wawrzyńca Kostrzewskiego, który lubi tworzyć spektakle dla młodzieży, poruszające ważne tematy społeczne, takie jak cyberprzemoc, uzależnienia czy presja rówieśnicza. Ten ma zasięg międzypokoleniowy, bo dotyczy nas wszystkich, złapanych w lepką sieć internetu. W czasach, gdy szczęście utożsamiane jest z poczuciem bycia #znanym #sławnym #pięknym #bogatym, bardzo łatwo zapominamy o tym, co jest naprawdę ważne – o relacjach z bliskimi i relacjach samym sobą.

Sztuka została świetnie napisana i zrealizowana. Mamy tu wartkie, dynamiczne, błyskotliwe dialogi, przezabawne gry słowne, skojarzenia i analogie. Dzięki temu dwie godziny, które wymagają od widza dużego skupienia uwagi i pewnej lotności umysłu, mijają równie szybko jak kilkunastosekundowe reels (rolki) na socialach. Skromna, minimalistyczna scenografia jest zagrana efektami multimedialnymi i światłem, które tworzą raz piękny, a chwilę później niepokojący, nastrój.

Bohaterowie "Rodziny w sieci" – przeciętna warszawska rodzina – babcia, rodzice i dorosłe, nie do końca samodzielne, pogubione dzieci, mają okazję wygrać mikro apartament na osiedlu Złota Rybka, z wrażeniem przestrzeni, wrażeniem luksusu i wrażeniem lepszego życia. Trzeba tylko wypracować zasięgi i zebrać 50,000 obserwujących. Mocno zarysowane postacie wspaniale oddają pewne stereotypy, z którymi łatwo się utożsamić.

#SzczęśliwaIrenka (Izabela Dąbrowska), kura domowa, która początkowo nie rozumie niczego ze skomplikowanej terminologii wirtualnego świata, a post kojarzy jej się jedynie z piątkiem, w akcję polowania na folołersy wciąga się najszybciej. W pogoni za folołersami #szczęśliwairenka gotuje to, czego żądają internauci (zupa #pomidorowa to woda z koncentratem, okraszona tekstem: "200 osób ją lubi, wy nie musicie"), robi relacje na żywo, tańczy ze szczęścia, często się uśmiecha, opowiada zmyślone historie o kwiatach od męża i obiecanych wakacjach – wierzy, że w ten sposób zyska sympatię i że dzięki zasięgom zwykli ludzie stają się niezwykli.

#KołczMark (Michał Czernecki) podchodzi do tematu, jak "prawdziwa" głowa rodziny – ambitnie. Jego celem nadrzędnym jest, poprzez złapanie jak największej ilości folołersów, przywrócenie męskiej godności i triumfalny powrót ojca na przynależne mu, bardziej centralne, miejsce w rodzinie. Próbuje z blogiem wędkarskim, blogiem o samochodach, o kosmosie, w końcu zostaje kołczem (couch) czyli nauczycielem czy też guru psychologii emocjonalnej, sypiącym z rękawa motywującymi mądrościami, których w sieci pełno. W misji zdobywania folołersów przeszkadza mu jednak jeden wredny hejter, przez którego szybko traci obserwujących. Widać w Marku chłopięcą bezradność i zagubienie, które walczą z narzuconą społecznie powinnością. W ostatecznym etapie walki o popularność w sieci wykazuje jednak największą determinację, przekonując rodzinę, że nie wolno się poddawać.

#Barbi (Karolina Charkiewicz) jako najmłodsza postać w sztuce przechodzi największą przemianę. Z pełnej ideałów, młodej zbuntowanej dziewczyny w czerni i ciężkich butach, która walczy z patriarchatem i zmianami klimatycznymi (dość radykalnie, optuje za usunięciem z Ziemi homo sapiens), na potrzeby konkursu przeobraża się w cukierkowo-plastikową Barbi. Promuje ekoprzyjazną dietę pudełkową, prowadzi eko jogę dla czarownic, pali białą szałwię i, z należną wielu intagramowym influercerkom manierą, opowiada o ciuchach i kosmetykach.

#Sleeper (Marcin Stępniak) to zblazowany, pogubiony trzydziestolatek z syndromem emocjonalnego zaniedbania, który wciąż mieszka z rodzicami i nie bardzo ma pomysł na własne życie. W sieci robi to, co potrafi najlepiej – śpi. #Oazasnu streamuje swój sen, co ma pozwolić innym spać lepiej, a kiedy nie śpi – doradza, jak zasnąć.

Babcia (Małgorzata Rożniatowska) nie posiada hashtaga (#), bo zalicza się do pokolenia dziadersów. Jest postacią, która pozostała w starym świecie, tym sprzed rewolucji technologicznej. Czyta wnukom bajki na dobranoc, by ostatecznie wymeldować się do Pana Boga po święty spokój. Jej odejścia do gwiazd nikt nie zauważa – wszyscy scrollują i klikają w swoich smartfonach.

#CyberWoman (Olga Sarzyńska) to charyzmatyczna, nieco tajemnicza postać – uosobienie cyfrowego świata i wszystkiego, co w nim kusi, wciąga i uzależnia. W spektaklu pełni funkcję symboliczną i metaforyczną – jest jak duch internetu, przewodniczka po wirtualnej rzeczywistości, która kusi bohaterów obietnicą popularności, lajków i natychmiastowej gratyfikacji. To ona pokazuje, jak łatwo zatracić się w sieci, jak granice między realnym a cyfrowym światem zaczynają się zacierać. Mówi dynamicznym, slangowym językiem w rytmie mediów społecznościowych. Z widzem zostaje śpiewana przez nią kołysanka:

W górze tyle gwiazd, w dole tyle miast,
gwiazdy miastu dają znać, że człowiek to jest chwast.
Ach śpij kochanie, jutro z nas tu nic nie pozostanie
a gdy rano przyjdzie świt człowiekowi będzie wstyd
że zakończył tak swój byt.

W polowaniu na folołersy (z ang, followers) towarzyszy nam głos Krystyny Czubównej, która tłumaczy ze znanym sobie wdziękiem i głębią, zachowania gatunkowe tychże stworzeń (folołers podąża za zadem lidersa). Pojawia się matra "nie myśl", a w pewnym momencie odbiorca odnosi nieodparte wrażenie, że znalazł się na festiwalu głupoty.

Rodzina przegrywa konkurs, pomimo stosowania wszystkich znanych technik przyciągania uwagi i angażowania odbiorcy, bo, zdaniem Marka, są jednak za mało perfekcyjni. Nawet #szczęśliwarodzinka nie pomaga. W finale, po wielkiej przegranej, otrząsają się trochę z cybersnu. Mają jeszcze szansę wygrać własne relacje. Nie dla wszystkich członków rodziny jest to jednak łatwe, czy nawet wykonalne, kiedy okazuje się, jak entuzjastycznie internauci reagują na porażkę.

Po tej sztuce w głowie zostaje znacznie więcej niż WOW i LOL. Zostaje pewna gorycz. Bo sami sobie zgotowaliśmy ten los. Jest jednak trochę światła w tym niekończącym się, czarnym tunelu internetowych światów – telefon zawsze można wyłączyć. Spróbujcie.

Kaja Cyganik

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *